|
A STAR IN THE EAST.
Medieval Hungarian Christmas Music. Anonymous 4 * Harmonia Mundi
1996 - HMU 907 139, DDD 68'20''
*
* *
Nieliczne dawne
manuskrypty węgierskie (ocalałe z tureckiego pogromu w XVI
wieku) przekazują obiegowy europejski repertuar o dość
specyficznym lokalnym zabarwieniu. Monodia węgierska, podobnie
jak polska, w początkowym okresie wzorowana była na
twórczości importowanej. Poźniej jednak wyksztalciła cechy
indywidualne - stosunkowo duże interwały, skłonności do
pentatoniki. Średniowieczna polifonia zaś, skromna ilościowo,
reprezentuje z jednaj strony archaiczny model utrzymany w
technice nota contra notam, z drugiej nawiązuje do w miarę
nowoczesnych kontrapunktycznych praktyk XV i XVI w.
I taki właśnie przegląd średniowiecznych węgierskich
źródeł przynosi płyta A Star in the East. Amerykanki bez
wahania zaanektowały wschodni repertuar, włączając go w
swoją estetykę wokalną: perfekcyjną, pieczołowicie
kontrolowaną, podkreślającą każdy detal tekstowy. Ładnie,
płynnie, czystymi prostymi głosami wybrzmiewa liturgiczna
monodia: hymn Az idvözitöt régentem (kontrafaktura
łacińskiego Verbum supernum prodiens) czy Isten, téged
(lokalna adaptaja Te Deum). Uurzekająca jest metryczna pieśń
Mi Atyánk Atya Isten, o śpiewnej linii melodycznej. Do
ciekawych fragmentów płyty należy archaiczna polifonia - Fuit
virgo czy Omnes unanimiter, z cyzelowanymi płaszczyznami glosowymi. Polifonia w pełni profesjonalna, zdradzająca
koneksje typowo lokalne, troszeczkę jednak się chwieje
(czterogłosowy politekstowy motet Exordium quadruplate...)
Płyta stanowi gratkę dla mediewistów-kolekcjonerów. Można
wreszcie zastąpić węgierskie albumy Schola Hungarica zupełnie
porządną pozycją, nagraną czysto i przestrzennie. Z tym, że
idealistyczna, niemal odrealniona technika "Anonymous
4" budzi we mnie coraz większy protest. Średniowiecze
angielskie, hiszpańskie, francuskie czy węgierskie brzmi w
interpretacjach Amerykanek niemal identycznie. Aż boję się
pomyśleć, jak ta uniwersalna estetyka pożre, już niebawem,
niezwykle emocjonalną twórczość Hildegardy z Bingen.
Jacek
Hawryluk
IN NATALI DOMINI.
Christmas in Spain and the Americas in the 16th Century (Padilla, Victoria,
Brito, Fernández, Morales,Cristo, Guerrero,
Cárceres). La Colombina: Maria Cristina Kiehr sporan, Claudio
Cavina alt, Josep Benet tenor, Josep Cabré baryton * Accent 1996
- ACC 96114D, DDD 70'18''
*
* * *
Pojęcie
renesansowej muzyki amerykańskiej brzmi może trochę dziwnie,
ale jest do pewnego stopnia zasadne. Wiadomo, że już w
najwcześniejszym etapie kolonizacji eksportowano do Nowego
Świata dryki muzyczne z Europy, z czasem zaś zaczęli sie tam
osiedlać także kompozytorzy.
Omawiane nagranie zostało zrealizowane przez mały, lecz bardzo
międzynarodowy zespolik "La Colombina" (Argentynka,
Włoch i dwoch Katalończyków). Na repertuar płyty złożyły
się utwory sławnych kompozytorów hiszpańskich (Victoria, Morales, Guerrero) i mniej znanych, działających w Ameryce
(Pedro de Cristo, Juan de Padilla, Estevao de Brito). Obok
łacińskich motetów nagrano dwie pokaźnych rozmiarów ensalady. Był to niezmiernie ciekawy gatunek muzyczny,
stanowiący osobliwą mieszaninę (stąd nazwa -
"sałatka") różnych form i treści, także języków
- portugalskiego, katalońskiego, kastylijskiego, łaciny.
Tematem ensald bywała często historia Bożego Narodzenia,
ujęta rzecz jasna apokryficznie, z całym mnóstwem przedziwnych
postaci i sytuacji, których próżno by szukać w relacjach
Ewangelistów.
Zespół "La Colombina" wypada ocenić wysoko, choć
sądzę, że barwny i urozmaicony repertuar można było
przedstawić nieco atrakcyjniej. Wykonawcy wydają się
hołdować estetyce brytyjskiej, z lekka tylko doprawionej
szczyptą temperamentnego chili. Pięknie zestrojony czterogłos
i jednolita, jasna barwa sprawiają, żę słuchanie np. motetów
Victorii jest wielką przyjemnością, lecz już ensalady
wypadają dość blado, szczególnie, gdy ma się w pamięci
cudowne, przebarwne interpretacje Jordi Savalla (Auvidis) i Paula
van Nevela (Sony). Oba te nagrania korzystają z bogatego
instrumentarium i choć niewiele wiemy o praktyce wykonawczej
tego gatunku, to wydaje się, że realizacje a cappella mu nie
służą. Z drugiej jednak strony - czy np. w szesnastowiecznej
Gwatemali można bylo znaleźć odpowiednie instrumenty i
muzyków?
Piotr
Maculewicz
BOŻE NARODZENIE W
POLSKEJ MUZYCE ORGANOWEJ (anonimy, Nowowiejski, Rychling, Guillmant, Żeleński, Drusiński, Maszyński, Surzyński).
Barbara Bałda sopran, Jerzy Kukla organy * Polskie Radio
Katowice 1997 - PRK CD 016, DDD 68'33''
*
* * *
Płyta jest
kulturalną wizytówką Bielska-Białej, powstała dzięki
ludziom oddanym swej "małej ojczyźnie". Prezentuje
zarówno miejscowe organy, jak i wykonawczy potencjał miasta.
Tytuł nie oddaje w pełni zawartości nagrania. Obok rdzennie
polskiej muzyki organowej znalazły się tu Introdukcja i
Wariacje Guillmanta oraz pięć opracowań kolęd na głos z
fortepianem Nowowiejskiego. W obszernym i interesującym
komentarzu Jerzy Kukla uzasadnia obecność Guillmanta (czy czyni
to w sposób przekonywający, to inna sprawa...), w przypadku
Nowowiejskiego takiego uzasadnienia nie otrzymujemy.
Nic dziwnego, ta część programu rozbija repertuarową
spójność płyty, nie służy jej także pod względem
artystycznym. Zastrzeżenia dotyczą śpiewaczki - rozwibrowany,
niepewny intonacyjnie głos, nie najlepsza dykcja. Na szczęście
programator odtwarzacza pozwala wyeliminować tę niedogodność.
Czysto organowa część repertuaru wypada bardzo korzystnie.
Jerzy Kukla jest organistą kompetentnym. Potrafi ukazać
najlepsze strony każdego z prezentowanych na płycie
instrumentów, potrafi też nadać nowym wyraz utworom pozornie
mało ciekawym. przykładem może być Preludium B-dur
Żeleńskiego. Utwór ten, niemiłosiernie maltretowany przez
rzesze początkujących adeptów gry organowej, w wykonaniu Kukli
brzmi świeżo i frapująco. Wystarczyły proste zabiegi -
częstsze niż zwykle zmiany rejestrów i interesujące
prowadzenie muzycznej narracji.
Tej produkcji dorównuje interpretacja pozostałych
"romantycznych" kompozycji bożonarodzeniowych. W
przypadku muzyki dawnej dyskomfort powodują tu i ówdzie
zauważalne ritenuta w diminucjach (ścieżka nr 13). W sferze
artykulacji Jerzy Kukla jesr poprawny, można się jedynie
zastanawiać, czy w niektórych przypadkach nie przydałoby się
więcej "powietrza". Ogólnie - dobra i sympatyczna
płyta. Na pewno warto wziąć ją pod uwagę podczas
sporządzania listy gwiazdkowych prezentów.
Tomasz
Kalisz
CREATOR OF THE STARS.
Christmas Music from Earlier Times (anonimy, Dufay, Byrd, Horwood, Rore,
Ockeghem). Pomerium, kier. art. Alexander Blachly
* DG Archiv 1997 - 449 819-2, 4D 68'42''
*
* *
Oto znakomita
świąteczna płyta... edukacyjna, zestawiająca chorał i
średniowieczne pieśni związane z Bożym Narodzeniem z ich
polifonicznymi opracowaniami, dokonanymi przez twórców epoki
renesansu. Doskonała lekcja kontrapunktu i sztuki
kompozytorskiej. Modele podstawowe to m.in.: In dulci iubilo (ok.
1460), O Sapientia (XII wiek), Quem vidistis pastores (XII wiek)
czy wreszcie pogodne Resonet in laudibus (ok. 1470). Wśród
polifonicznych opracowań uwieczniono zarówno te bardzo blisko
spokrewnione ze źródłem, jak i te traktujące oryginał dość
swobodnie, zmieniając w gąszcz kontrapunktycznego labiryntu.
"Pomerium" to doświadczony, solidny nowojorski ensembl
o dużej kulturze wokalnej, daleki od wykonawczych
ekstrawagancji. Może właśnie dlatego jego interpretacje są
stateczne (i statyczne), tradycyjne, a przez to odrobinę
staroświeckie.
Można to odczuć bardziej w repertuarze bożonarodzeniowym niż
na niezłych dwóch płytach z muzyką Dufaya (Archiv 447
772-2,447 773-2).
Przy doskonałej technice, pełnych wybrzmieniach, pieczołowicie
pielęgnowanych frazach, odnajdziemy skłonności do dość
typowej masywności wokalnej, która zajmuje poszczególne plany (Reges Tharsis...
Byrda).
Z dykcją też bywa różnie, zwłaszcza w polifonicznych
fragmentach (dość uciążliwe syczenia w Puer natus Byrda). Za
to fragmenty monodyczne brzmią dostojnie i pięknie: Preter
rerum seriem, Quem vidistis pastores, Alma redemptoris mater.
Najbardziej frapują sekcje In dulci iubilo (z opracowaniami Praetoriusa) i Resonet in laudibus (z rozwinięciami Erbacha i
Lassa). Creator of the stars to zatem, jak często z płytami
bożonarodzeniowymi bywa, nierówny zestaw pomysłów, w tym
wypadku jednak i do słuchania, i do porównywania.
Jeżeli więc mają Państwo ochotę na odrobinę intelektualnej,
świątecznej rozrywki, to płyta "Pomerium" z
pewnością może jej dostarczyć.
Jacek
Hawryluk
CHARPENTIER: Te Deum,
Nuit (frag. z In nativiatem Domini canticum), Messe de minuit.
Annick Massis sopran, Magdalena Kozena mezosopran, Eric Houchet,
Patrick Henckens tenory, Russell Smythe baryton, Jean-Luis Bindi
bas, Choeur des Musiciens du Louvre, Les Musiciens du Louvre dyr.
Marc Minkowski * DG Archiv 1197 - 453 479-2, 4D 47'55''
*
* *
Nigdy nie
zapomnę piorunującego wrażenia, jakie przed laty wywarło na
mnie Te Deum Charpentiera w wykonaniu Les Arts Florissants z
Williamem Christiem (HMC 901298). Na scenie pojawiło się jednak
młode pokolenie francuskich wykonawców, wśród których
szczególnie wyróżniają się Christoph Rousset i Marc Minkowski. Co nowego mają oni do zaoferowania po dokonaniach
Christiego?
Osiągnięcia Minkowskiego na polu muzyki dramatycznej i
kameralnej oceniam na ogół wysoko. Muzyk ów (notabene
fagocista, mogliśmy podziwiać go w Warszawie dyrygującego, co
dość rzadkie, "od fagotu", a dokładniej -
fagotem...) jest wrażliwy na barwę brzmienia i jej subtelne
cieniowanie, ciekawie też traktuje rytmikę, tak istotną w
muzyce, w której co chwila napotykamy bliższe lub dalsze
odniesienia do ballet de cour. Minkowski z lubością wyszukuje
taneczne smaczki, wszystko jest u niego lekkie, zwiewne, skoczne.
Taki styl wykonania dość dobrze pasuje do Messe de minuit
(pasterki) Charpentiera, w którą wkomponowane są urocze
melodie francuskich kolęd. Podziwiałem perfekcję solistów i
piękne detale brzmienia zespołu, chociaż nazbyt szybkie,
wręcz nerwowe tempa, nie licują chyba z formą mszy, nawet tak
radosnej. Jednak elementy "pastorałkowe", melodie
kolęd o ludowym zabarwieniu do pewnego stopnia usprawiedliwiały
taką koncepcję wykonania.
Niestety, Minkowski w podobnej manierze interpretuje również Te Deum.
Wszystkie opracowania tego hymnu są z założenia pompatyczne,
wykonaniom nierzadko towarzyszyły armatnie wystrzały, a obsada
z reguły wykracza poza przyjęte w danej epoce standarty. Te
Deum Minkowskiego zaś jest pełne wdzięku, subtelne, taneczne,
śliczne urodą brabanckiej koronki i wszystko to zupełnie nie
koresponduje z charakterem podniosłego tekstu oraz samym
"idiomem" Te Deum, wyznaczonym kompozytorską i
wykonawczą tradycją pokoleń! Choćby przesławne Prélude
(powszechnie znane jako sygnał Eurowizji), będące właściwie
marszem - tu staje się raczej marszobiegiem.
Cóż, trzeba szczególnego talentu, a przede wszystkim wielkiej
dojrzałości, by sięgnąć zaklętego w nutach sacrum, często
kosztem rezygnacji z zewnętrznego poloru. Wolę więc
"wykwintną nudę" Herreweghe'a i dostojeństwo
Christiego niż dość płytkie efekciarstwo Minkowskiego, ale
też nie mam mu za złe ostatniego nagrania. To świetny muzyk i
zapewne już za dwadzieścia lat będzie wspaniałym
interpretatorem również wielkiego repertuaru sakralnego.
Piotr
Maculewicz
KOLĘDY POLSKIE
(opracowania i kompozycje współczesne). Chór Akademii Teologii
Katolickiej, dyr ks. Kazimierz Szymonik * Dux 1996 - 0275, DDD
57'21''
*
* * *
Chór
warszwskiej ATK śpiewa wyraźnie, czysto, muzykalnie i - dzięki
Bogu - bez interpretacyjnych ekstrawagancji. Uzyskuje dzięki
temu prawdziwy kolędowo-wigilijny nastrój. Nagrań słucha się
z przyjemnością, a nowoczesne harmonie towarzyszące niektórym
melodiom tradycyjnym (trzy opracowania Pawła Łukaszewskiego)
nie wymagają mozolnego skupiania uwagi, by kolędy rozpoznać.
Piękne są opracowania Stanisława Niewiadomskiego (W żłobie
leży, Mizerna cicha, Jezus malusieński, O gwiazdo Betlejemska),
trochę bardziej naiwne (choć nie mniej wzruszające) kolędy
Nowowiejskiego i jeszcze bardziej naiwna, choć pięknie
"przedwojenna" kolęda Lubomira Szopińskiego Nie było
miejsca dla Ciebie. Ciekawe są Motety bożonarodzeniowe Mariana
Sawy i kilka innych dzieł współczesny. Okazuje się, że w
kategorii polskiech kolęd mozna zmieścić nawet pastisze
utworów śpiewanych zwykle w czasie Bożego Narodzenia na Broadwayu. Ale nawet takie dalekie następstwa od narodowych
wzorców nie przeczą pobożnemu i "rodzinnemu"
charakterowi płyty, urozmaicając jedynie sposób, w jaki można
cieszyć się z Wielkiego Wydarzenia.
Kacper
Miklaszewski
http://proszynski.com.pl/czasopisma/studio/1997/grudzien/recenzje.htm
|